Fachowcy mogą przebierać w ofertach pracy i płacy

Już 89 proc. polskich firm narzeka na brak rąk do pracy – wynika z najnowszych badań przeprowadzonych przez Szkołę Główną Handlową oraz Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Brakuje nie tylko wykształconych menedżerów oraz specjalistów, ale przede wszystkim wykwalifikowanych robotników zdolnych do samodzielnej pracy.
Największe problemy mają fabryki. Przy taśmach produkcyjnych nieobsadzonych było w ostatnich miesiącach aż 64 tys. stanowisk. Wolnych było też 43 tys. etatów w budownictwie i tyle samo w handlu oraz 11 tys. w transporcie i logistyce. Co ciekawe, aż 51 proc. wakatów czekało na pracowników z wykształceniem zasadniczym zawodowym, a tylko 12 proc. – z wyższym.
Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2007 r. polskim firmom brakowało 216 tys. pracowników. Dla porównania, w 2006 r. potrzeby sięgały 72 tys. ludzi, a w 2005 r. – 49 tys. Jak zauważa Piotr Palikowski, dyrektor generalny PSZK, ludzi najbardziej brakuje w zawodach podstawowych, niewymagających szczególnego wykształcenia i kwalifikacji, wykonujących standardowe zadania pod ścisłą kontrolą przełożonych: monterów do taśmy, murarzy i tynkarzy, sprzedawców, recepcjonistów, kierowców, magazynierów, operatorów wózków widłowych. W najbliższych latach zabraknąć ma chętnych do pracy w kopalniach i hutach. Dlaczego?
Po pierwsze: pracownicy z najniższymi kwalifikacjami są najbardziej mobilni, jeśli chodzi o wyjazdy do Wielkiej Brytanii i Irlandii, gdzie zarobki są 3-4 razy wyższe niż w Polsce – tłumaczy Piotr Palikowski. To dlatego emigracja mocno spustoszyła tę część rynku pracy, od której zależą firmy produkcyjne. Zwłaszcza że w Polsce pozostali robotnicy najmniej mobilni, niechętnie decydujący się na zmianę miejsca zamieszkania w poszukiwaniu pracy.
Drugim powodem niedoboru wykwalifikowanych robotników jest brak szkolnictwa zawodowego. Kiedy dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie odchodzą na emeryturę, nie ma ich kto zastąpić. Dużo lepiej wygląda sytuacja wśród menedżerów i specjalistów, bo szkolnictwo wyższe stoi na dobrym poziomie. Uczelnie zareagowały na potrzeby rynku i dziś odsetek firm narzekających na problemy z rekrutacją informatyków spadł z 10 do zaledwie 6 proc.
Nie znaczy to, że problemów ze specjalistami nie ma w ogóle. Menedżerów nie mogą na przykład znaleźć polskie hipermarkety. Żeby ułatwić sobie zadanie, sieć Tesco uruchomiła właśnie specjalny program Extraklasa skierowany do studentów. Firma chce przyjąć na kilkunastomiesięczne staże około 15 osób i wykształcić sobie w ten sposób specjalistów do działów zakupów, finansów, logistyki, personalnego i marketingu.
Z kolei Getin Bank szuka pracowników wśród czterdziestoletnich gospodyń domowych, które do tej pory wychowywały dzieci. Prognozy demograficzne nie napawają optymizmem. W ciągu pięciu lat liczba pracowników dostępnych na polskim rynku ma się zmniejszyć o milion osób. Do 2030 r. liczba ludności w wieku produkcyjnym spadnie o 12,7 proc., a liczba emerytów wzrośnie o 66,5 proc.
Według Piotra Palikowskiego, panaceum na bolączki polskiego rynku pracy będzie import pracowników ze Wschodu. Szacuje on, że już za pięć lat Chińczycy, Hindusi i obywatele byłych republik ZSRR będą zajmowali około 10 proc. stanowisk w produkcji, budownictwie i prostych usługach. To oczywiście spowoduje zmianę struktury społecznej, bo cudzoziemcy będą się u nas osiedlać na stałe, zakładać rodziny. Zaczniemy się upodabniać do zachodnich społeczeństw.
Czeka nas więc to, co stało się udziałem Hiszpanii czy Irlandii – przeżywających dynamiczny rozwój po wejściu do Unii Europejskiej. Tam również imigranci byli czynnikiem stabilizującym sytuację, brali się za prace, których nie chcieli wykonywać miejscowi. Drugi sposób na pozyskanie i utrzymanie pracowników to oczywiście podwyżki. Z badań przeprowadzonych przez Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami wynika, że w 2008 r. planuje je 92 proc. firm, a w samej Warszawie – 98 proc. Pensje mają przeciętnie wzrosnąć o 14 proc. Ten rok zapowiada się więc równie dobrze jak poprzedni, przynajmniej dla pracowników.
Koncerny produkujące sprzęt AGD w Łodzi jeszcze rok temu płaciły pracownikom przy taśmie 1,2-1,5 tys. zł. Teraz zarobki sięgają nawet 2,5 tys. zł brutto i można się spodziewać, że będą rosły – gazety pełne są ogłoszeń rekrutacyjnych. Popyt na ręce do pracy nakręca wzrost płac. Pensje kasjerek w hipermarketach są wyższe o około 200 zł i mieszczą się w przedziale 1126-1500 zł. W ciągu jednego roku zarobki murarzy skoczyły w Łodzi o kilkadziesiąt procent, z 2-3 tys. zł do 3-5 tys. zł.
Jak wynika z danych firmy Sedlak & Sedlak, specjaliści zajmujący się marketingiem zarabiali w 2007 roku 3,8 tys. zł, o 800 zł więcej niż rok wcześniej. Zarobki inżynierów wzrosły z około 3,8 do 4,2 tys. zł. W tym roku mają pójść w górę o ok. 15 proc.
Ludzie z dnia na dzień rzucają pracę i przechodzą do innych firm, które płacą więcej. Właściciele nie wiedzą, co się dzieje. Małe, kilkuprocentowe podwyżki już nie pomagają. Wśród pracodawców zaczyna się panika, bo zamówienia są, tyle że nie ma kto ich robić. Zatem zaczyna się zaklinanie rzeczywistości: inflacja, spadek wzrostu gospodarczego itd., itp. Do głowy jednak szanownym właścicielom nie przyjdzie, że wolny rynek to wolny rynek. Towar kosztuje tyle, ile ktoś za niego zapłaci. Chcesz człowieka do roboty, to płacisz więcej niż konkurencja. A jak nie chcesz płacić, to bierz się sam do roboty – podsumowuje jeden z forumowiczów portalu Onet.pl. Nic dodać, nic ująć.

PIOTR BRZÓZKA
POLSKA Gazeta Krakowska

za: wp.pl