Fala zwolnień uderzy w polskie miasta – kryzys w pracy

Opublikowane wczoraj dane Głównego Urzędu Statystycznego nie pozostawiają złudzeń: czasy gdy pracodawcy bili się o pracowników odchodzą do przeszłości.W grudniu zatrudnienie w przedsiębiorstwach (w porównaniu z ubiegłym rokiem) wzrosło tylko o 2,3 proc. , podczas gdy w czasie prosperity na rynku 2007 r. zwiększało się nawet o 3,5-4 proc. Ekonomiści nie mają wątpliwości, że dane za styczeń będą jeszcze gorsze. Firmy zamiast przyjmować, ostro tną koszty, by przetrzymać kryzys. Z danych urzędów pracy wynika, że jeszcze w tym roku pracę może stracić nawet 700 tys. osób, a niektórzy eksperci twierdzą, że stopa bezrobocia na koniec roku może wynieść nawet 13 procent.Największe zwolnienia będą w branży budowlanej, meblarskiej, odzieżowej, hutniczej i motoryzacyjnej. W regionach, które żyły z jednego zakładu skutki zwolnień będą najbardziej bolesne – niewypłacalność i wzrost ubóstwa. W Wielkopolsce koncern motoryzacyjny Inter Groclin zamierza zwolnić ponad 600 osób, a na Dolnym Śląsku ponad 450 osób straci pracę w dwóch firmach motoryzacyjnych: Wabco we Wrocławiu i w japońskiej firmie NSK w Wałbrzychu. Niewiele lepiej jest w Łódzkiem, gdzie jednym z największych pracodawców był przemysł odzieżowy. W regionie działa ponad 50 tys. zajmujących się produkcją oraz handlem odzieżą i tekstyliami. Co trzecia zwalnia albo planuje zwolnienia.Zdaniem profesora Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty Bussiness Centre Club, kryzys najbardziej uderzy w największe miasta: Warszawę, Kraków, Wrocław i Poznań, gdzie jest największa koncentracja zakładów pracy – jeśli zaczną zwalniać, to najwięcej ludzi straci pracę . Równie dotkliwie, według Gomułki, odczują kryzys regiony najuboższe, o najwyższej od lat stopie bezrobocia – Mazury, Pomorze Zachodnie i ściana wschodnia.Tam mieszkają ludzie mało mobilni, jeśli stracą pracę w małym mieście, a nie znajdą pracy w większym, znajdą się w sytuacji bez wyjścia, zwłaszcza jeśli pół życia pracowali w jednym zakładzie – uważa Gomułka.Tak było w 50-tysięcznym Krośnie, gdzie wielu ludzi pracowało w miejscowej hucie szkła. Gdy skończył się popyt na szklane wyroby, zarówno ze strony polskich, jak i zagranicznych klientów wielu ludzi musiało pożegnać się z pracą. Po trzech kwartałach 2008 r. spółka miała niemal 5 mln zł straty. W ubiegłym roku musiało odejść z zakładów 2 tys., czyli połowa załogi. Jednak ok. 2 tys. osób, które zostały, także nie może czuć się bezpiecznie.Spółka, przechodząc na automatyzację, nie jest w stanie konkurować ceną z tanimi wyrobami z Azji, przede wszystkim z Chin i Turcji. Na ubogim Podkarpaciu pracę tylko w wyniku zwolnień grupowych stracą w tym roku 1142 osoby – 280 zwolni fabryka opon Stomil w Sanoku, a 180 osób zakład motoryzacyjny Delphi w Krośnie.Tezę Gomułki potwierdzają także dane o zwolnieniach w najbardziej zaludnionym województwie śląskim, gdzie do tej pory pracy było w bród, a w samych Katowicach stopa bezrobocia sięgnęła w listopadzie niecałe 2 proc. Już w grudniu pracę w województwie straciło prawie 1100 osób. To o niemal 400 więcej niż w listopadzie. Procentowo najgorzej jest w powiecie myszkowskim, gdzie bez pracy pozostaje 14,2 proc. czynnych zawodowo mieszkańców.Na liście upadłych zakładów jest m.in. postawiona jesienią w stan likwidacji Huta Metali Nieżelaznych w Katowicach-Szopienicach. Największe redukcje szykują się jednak w koncercie Arcelor-Mittal Poland, właścicielu hut stali w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Świętochłowicach i Krakowie. W tym roku z firmy może odejść nawet 980 osób, głównie pracowników administracyjnych.Tomasz Ł. RożekPOLSKA Gazeta Krakowskaza:wp.pl