Blogpraca

Elektryk drogi

Najdroższy elektryk w Europie? Coraz częściej… Polak

Dziś coraz częściej widzę coś zupełnie odwrotnego.

Jeszcze kilkanaście lat temu polski elektryk wyjeżdżający do pracy za granicę był kojarzony z bardzo dobrym fachowcem, który potrafi dużo, pracuje solidnie i często jest bardziej elastyczny finansowo niż pracownik lokalny.

Dziś coraz częściej widzę coś zupełnie odwrotnego.

Prowadząc rekrutacje na stanowiska elektryczne w Irlandii, obserwuję bardzo ciekawe zjawisko. Oferty, które przedstawiam kandydatom, są w pełni legalne, zgodne z lokalnymi przepisami, regulacjami dotyczącymi wynagrodzeń, ustaleniami branżowymi oraz standardami obowiązującymi u konkretnych pracodawców.

Co ważne: stawki proponowane kandydatom z Polski są dokładnie takie same jak stawki Irlandczyków pracujących w tych samych firmach, na tych samych stanowiskach.

I co się okazuje?

Irlandczycy te warunki akceptują.
Szkoci akceptują.
Anglicy akceptują.
Włosi akceptują.
Portugalczycy akceptują.
Węgrzy i Słowacy również.

A Polacy bardzo często mówią:

„Za mało.”

I tutaj zaczyna się najciekawsza część tej historii.

Polski elektryk przestał być tani. I bardzo dobrze

Żeby było jasne: to nie jest tekst przeciwko polskim fachowcom.

Wręcz przeciwnie.

Polscy elektrycy mają w Europie bardzo dobrą markę. Wielu z nich ma ogromne doświadczenie praktyczne, pracowało na dużych projektach przemysłowych, budowlanych, infrastrukturalnych, w fabrykach, zakładach produkcyjnych, data center, przy instalacjach, utrzymaniu ruchu czy energetyce.

Polski elektryk często jest samodzielny, techniczny, zaradny i przyzwyczajony do pracy w różnych warunkach. Potrafi rozwiązywać problemy, a nie tylko wykonywać instrukcje.

I to jest ogromna wartość.

Polak nie chce już być tanią siłą roboczą. I bardzo dobrze. Przez lata wielu polskich specjalistów pracowało poniżej swojej realnej wartości. Dziś coraz więcej z nich zna rynek, zna stawki, ma doświadczenie zagraniczne i wie, że dobra praca musi być dobrze opłacona.

Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy oczekiwania kandydata przestają wynikać z realiów konkretnego rynku, a zaczynają wynikać z opowieści znajomych, porównań wyrwanych z kontekstu i przekonania, że sam fakt wyjazdu za granicę powinien automatycznie oznaczać bardzo dużą finansową premię.

Równe traktowanie to już za mało?

Jeszcze kilka lat temu informacja: „otrzymasz taką samą stawkę jak lokalny pracownik na tym stanowisku” była bardzo mocnym argumentem.

Dziś coraz częściej nie wystarcza.

Kandydat słyszy, że będzie zarabiał tyle samo co Irlandczyk, Szkot, Anglik, Włoch czy Portugalczyk wykonujący tę samą pracę, w tej samej firmie i według tych samych zasad.

I odpowiada:

„Ale za tyle to mi się nie opłaca.”

Oczywiście każdy ma prawo do własnej oceny opłacalności wyjazdu. Każdy ma inną sytuację rodzinną, zobowiązania, kredyty, oczekiwania i punkt odniesienia. To naturalne.

Ale z perspektywy rekrutera pojawia się pytanie:

czy część polskich kandydatów nie oczekuje już więcej nie dlatego, że oferta jest zła, ale dlatego, że sama praca za granicą przestała robić na nich wrażenie?

Sama stawka godzinowa to nie wszystko

W rozmowach z kandydatami bardzo często widzę koncentrację na jednej liczbie: stawce za godzinę.

To oczywiście ważny element oferty. Ale nie jedyny.

W przypadku wielu projektów w Irlandii pracodawca zapewnia również przelot oraz zakwaterowanie o bardzo dobrym standardzie. Do tego dochodzi legalne zatrudnienie, stabilna praca, jasne zasady, zgodność z lokalnymi regulacjami, bezpieczeństwo formalne i równe traktowanie względem pracowników lokalnych.

Mimo to część kandydatów patrzy wyłącznie na kwotę za godzinę i porównuje ją z tym, co „ktoś gdzieś dostał” w Norwegii, Niemczech, Holandii albo na kontrakcie, którego szczegółów nikt już nie pamięta.

Tylko że takie porównania bywają bardzo mylące.

Inna stawka brutto.
Inne podatki.
Inne koszty życia.
Inny system zakwaterowania.
Inna liczba godzin.
Inny model zatrudnienia.
Inna stabilność pracy.
Inne ryzyko.

Porównywanie samej stawki godzinowej bez całego kontekstu to trochę tak, jak porównywanie ceny dwóch samochodów bez sprawdzenia, czy jeden ma silnik, koła i ubezpieczenie.

Dlaczego inni akceptują, a Polacy nie?

To jest właśnie najciekawsze pytanie.

Skoro Irlandczycy akceptują te warunki, Szkoci i Anglicy również, podobnie Włosi, Portugalczycy, Węgrzy i Słowacy, to dlaczego polski kandydat tak często uważa je za niewystarczające?

Moim zdaniem powodów jest kilka.

Po pierwsze, wielu polskich elektryków ma już doświadczenie pracy za granicą. Często pracowali w krajach, gdzie stawki nominalne były wyższe. Czasem jednak zapominają, że wyższa stawka nie zawsze oznacza lepszy finalny wynik finansowy.

Po drugie, polski rynek pracy bardzo się zmienił. Dobry elektryk w Polsce też może dziś zarobić przyzwoite pieniądze. Wyjazd zagraniczny musi więc konkurować nie z bezrobociem czy niską pensją, ale z coraz lepszą alternatywą krajową.

Po trzecie, w Polsce przez lata funkcjonował mit emigracji zarobkowej jako szybkiej drogi do dużych pieniędzy. Wielu kandydatów nadal oczekuje, że zagraniczna oferta musi być „dużym skokiem”, a nie po prostu uczciwą, rynkową propozycją.

Po czwarte, polscy fachowcy często bardzo wysoko oceniają swoje kompetencje. Czasem słusznie. Ale nie zawsze idzie za tym znajomość lokalnych wymogów, języka, systemu kwalifikacji czy standardów pracy w danym kraju.

Bo w Irlandii nie wystarczy powiedzieć: „jestem elektrykiem, chcę X euro na godzinę”.

Trzeba jeszcze spełniać konkretne wymagania. Kwalifikacyjne, formalne, językowe, techniczne i organizacyjne.

Największy paradoks

Największy paradoks polega na tym, że część kandydatów oczekuje więcej niż lokalni pracownicy, ale nie zawsze ma większe kompetencje w lokalnym systemie.

Irlandzki elektryk zna lokalne przepisy, standardy, dokumentację, organizację pracy, język techniczny, system bezpieczeństwa i realia branży. Kandydat z Polski często musi się tego dopiero nauczyć.

Oczywiście może mieć ogromne doświadczenie techniczne. Może być świetnym fachowcem. Może po kilku tygodniach czy miesiącach stać się bardzo wartościowym pracownikiem.

Ale na starcie pracodawca patrzy na konkretną rolę, konkretną strukturę płac i konkretne zasady obowiązujące w firmie.

Jeśli lokalny pracownik na tym stanowisku zarabia określoną stawkę, to kandydat z Polski nie powinien zarabiać mniej.

Ale trudno też oczekiwać, że automatycznie dostanie znacznie więcej tylko dlatego, że przyjeżdża z Polski.

Czy polski elektryk jest dziś „najdroższy”?

Nie chodzi o oficjalne statystyki wynagrodzeń.

Chodzi o oczekiwania rekrutacyjne.

Jeżeli ta sama oferta, w tej samej firmie, na tym samym stanowisku, zgodna z lokalnymi przepisami i stawkami, jest akceptowana przez kandydatów z Irlandii, Szkocji, Anglii, Włoch, Portugalii, Węgier czy Słowacji, a najczęściej odrzucana przez kandydatów z Polski jako zbyt niska, to warto zadać prowokacyjne pytanie:

czy polski elektryk stał się jednym z najdroższych kandydatów w Europie?

Nie dlatego, że nie jest wart dobrych pieniędzy.

Tylko dlatego, że jego oczekiwania bardzo często wyprzedzają realia konkretnej oferty.

To nie musi być zła wiadomość

Wbrew pozorom to zjawisko nie jest wyłącznie negatywne.

Pokazuje, że polski pracownik nie jedzie już za granicę „za wszelką cenę”. Nie bierze każdej oferty. Liczy, porównuje, negocjuje, pyta o warunki, mieszkanie, przelot, nadgodziny, podatki i realne koszty życia.

To oznacza większą dojrzałość rynku.

Ale dojrzałość działa w dwie strony.

Kandydat ma prawo znać swoją wartość.
Pracodawca ma prawo trzymać się realiów swojego rynku.
Rekruter ma obowiązek mówić uczciwie, co jest możliwe, a co jest już poza strukturą danej firmy.

Dobra oferta to nie zawsze ta, która ma najwyższą stawkę na papierze. Dobra oferta to taka, która jest legalna, stabilna, przejrzysta, zgodna z lokalnymi zasadami i realnie opłacalna po uwzględnieniu całego pakietu.

Puenta

Polski elektryk jest dziś mocnym graczem na europejskim rynku pracy. Ma doświadczenie, markę i coraz większą świadomość swojej wartości.

I bardzo dobrze.

Ale europejski rynek pracy nie działa na zasadzie: „jestem z Polski, więc zagraniczny pracodawca musi zapłacić mi więcej niż lokalnym pracownikom”.

Działa raczej tak:

  • masz kwalifikacje,
  • masz doświadczenie,
  • spełniasz lokalne wymogi,
  • komunikujesz się w wymaganym języku,
  • akceptujesz standardy danego kraju,
  • otrzymujesz uczciwą, legalną, rynkową ofertę.

A jeżeli taka oferta jest dobra dla Irlandczyka, Szkota, Anglika, Włocha, Portugalczyka, Węgra i Słowaka, ale za słaba dla Polaka — to być może obserwujemy nowy etap emigracji zarobkowej.

Etap, w którym polski fachowiec nie jest już tanią siłą roboczą.

Jest świadomym, wymagającym kandydatem.

A czasem również… najdroższym elektrykiem w Europie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *